Blog

Wiedźmin od Netflixa klapą będzie. Wiem to już dziś.

Wiedźmin od Netflixa klapą będzie. Wiem to już dziś, po obejrzeniu pełnego, oficjalnego zwiastuna (poniżej). Ba, wiem to już od czasu, kiedy zobaczyłem pierwsze zdjęcia. Dlaczego (chyba tylko ja) tak uważam?

Wiedźmin od Netflixa najbardziej wyczekiwaną premierą

Ekranizacja kultowej i bestsellerowej sagi o wiedźminie Geralcie z Rivii pióra Andrzeja Sapkowskiego to chyba najbardziej wyczekiwana premiera roku. Na platformie Netflix zadebiutuje 20 grudnia. Od momentu pojawienia się pierwszych pogłosek wzbudza naturalne zainteresowanie na całym świecie, a już w naszym kraju w szczególnoci. Premierą żyją fani sagi, miłośnicy fantasy, kinomani, media społecznościowe i mainstream’owe. Po opublikowaniu pełnego, oficjalnego zwiastuna (poniżej) w sieci aż wrze. Wszyscy są zachwyceni, pieją w niebogłosy, nie mogą się doczekać, przecierają okulary i ekrany monitorów. A ja się martwię.

Wiedźmin od Netflixa w hollywoodzkim stylu

Oczywiście, jako fan Wiedźmina i ja czekam. Liczyłem na to, że kiedy w swoje ręce sprawę wezmą profesjonaliści, to wreszcie doczekamy się ekranizacji na miarę sagi. I tu się chyba nie przeliczę. Zwiastun serialu Wiedźmin zapowiada spektakularne widowisko w najlepszym stylu. Wysokobudżetowa produkcja gwarantuje, że potwory i stwory nie będą wyglądały, jak wypchany bażant czy kiepska dekoracja z objazdowego lunaparku. Albo, za przeproszeniem, jak w polskiej produkcji. Za przeproszeniem, bo to w ogóle grzech porównywać, jako że polski Wiedźmin ekranowy nie stał nawet koło normalnej produkcji ekranowej. Równie imponująco wyglądają sceny walk. Trup ściele się gęsto, niczym na filmie akcji, do tego piękna choreografia. Nie wspomnę już o tym, że i dźwięk na bank będzie normalny, bo to, że w polskim filmie zazwyczaj nie słychać dialogów, za to odgłosy wyrywają z kaloszy sąsiadów z innej dzielnicy, to już norma. Skoro ma być tak pięknie, to czemu tak narzekam?

Dlaczego Wiedźmin od Netflixa klapą będzie

Otóż Wiedźmin oberwie ode mnie za… obsadę. I to, niestety, poczynając od odtwórcy roli głównej. Najważniejszej, bo przecież oglądając produkcję mamy się z nim utożsamiać, zakochać wręcz. Mnie osobiście trudno idenyfikować się z Wiedźminem o wyglądzie mięśniaka z wiejskiej dyskoteki. Nie tylko dlatego, że jestem heteroseksualnym mężczyzną. Ale ciężko mi jakoś wyobrazić sobie Białego Wilka, Rzeźnika z Blaviken z… kartoflanym nosem.

Trudno mi wyobrazić sobie Yennefer, która podczas lektury sagi była (jest) dla mnie niemalże uosobieniem piękności z… wytrzeszczem oczu i kwadratową szczęką. Trudno mi wyobrazić sobie czarnoskóre elfy. No dobrze, powiedzmy, że żadnego elfa w życiu na oczy nie widziałem, nawet na Discovery Chanell, ale i tak trudno. Patrzę na tych aktorów i oczom nie wierzę.

I teraz pewnie oberwie się i mnie. Bo przecież się czepiam, bo o gustach się nie dyskutuje, co dla jednego brzydkie, dla innego piękne, bo polityczna poprawność, body positive i w ogóle przyganiał kocioł garnkowi, a sam smoli. No cóż, ja przynajmniej nie mam parcia na szklany ekran. A ta obsada pasuje mi do tej sagi, jak pięść do nosa. I już teraz obawiam się, że zepsuje całą przyjemność z oglądania. Oczywiście, jeżeli macie ochotę na hejt, bo kochacie nie tylko Wiedźmina, ale i obsadę od czapy przyniesioną w kapeluszu producenta, to zapraszam do komentowania na fanpejdżu. No, chyba że ktoś się ze mną zgadza?

„Wiedźmin” na platformie Netflix premiera już 20 grudnia 2019 roku.

Podziel się!